Na początku tego artykułu chciałabym podkreślić, że w każdym z tych, które już napisałam i które napiszę w przyszłości, wyrażam swoje własne poglądy poparte doświadczeniem życiowym. Nie są to felietony naukowe i proszę, aby nie były tak traktowane.
Wspominałam
już wcześniej, że nie możecie spodziewać się po mnie utworów należących do
kategorii lekkich powieści obyczajowych. Nie pozostaje ona w kręgu moich
zainteresowań, zarówno jeśli chodzi o czytanie, jak i pisanie. Jestem dość
intensywnym człowiekiem, którym władają pasje, uczucia i emocje. Wiele lat
życia pozwoliło mi nauczyć się o sobie kilku prawd i wiem, że nie jestem w
stanie ugasić wewnętrznych pożarów, a jedynym dla nich ujściem jest
kreatywność, którą długo w sobie dusiłam, by wreszcie wyrazić się w
artystycznych formach. Kieruję więc swoje słowa przede wszystkim do osób
podobnych mi, intensywnie przeżywających, żyjących we władzy wewnętrznego
komputera, który tyka z każdą milisekundą i notuje to, czego widzieć, słyszeć i
czuć nie powinny.
Ostatnio
toczyłam bardzo ciekawą rozmowę z osobą, która przechodziła intensywną,
kilkumiesięczną terapię grupową. Opowiadała mi o scenkach odgrywanych z
terapeutami. Ta, którą opiszę, opowiada o sytuacji, w której nowy członek grupy
celowo jest stawiany w sytuacji, gdy wchodząc, napotyka zwarty krąg ludzi,
których głowy pochylone są intymnie do wewnątrz tyłem do przybysza. Celem jest
sprawdzenie, co zrobiłby człowiek, widząc to i wiedząc, że ma się stać częścią
grupy. Po reakcji, psychoterapeuci określają wstępnie cechy jego osobowości.
Niektórzy zbliżają się do kręgu, wręcz wpychają się do niego, inni delikatnie
próbują się wpasować, stukając jej członków delikatnie w plecy, inni płaczą, że
stoją na uboczu i nikt ich nie chce. Jak byś się zachował w takich
okolicznościach? Zastanów się teraz... Ja stanęłabym poza kręgiem, zadowolona,
że do niego nie należę, pochyliłabym głowę i czekała na polecenia, gotowa do
wykonywania wszystkiego, co mogę zrobić w pojedynkę.
Krzywe
autorytety... zastanawiałam się dziś, jak je nazwać, aby określenie pasowało do
moich odczuć. Tak wyrażone jest idealne. Moich bohaterów przeszłych i
przyszłych będą otaczać krzywe autorytety, to jest takie, które otaczają Ciebie
i mnie. Dlaczego tak się na nich koncentruję? Jest dla mnie ważne, by ukazać
moje wewnętrzne prawdy i może ulżyć tym, którzy zawzięcie szukają w życiu
jakichkolwiek autorytetów. Myślę, że uwolnienie się od tego rodzaju potrzeby
jest niezmiernie ważne, wręcz kluczowe. W moim pojęciu, celem naszego życia
jest dojście do momentu pogodzenia się z sobą samym, do stanu constans, w
którym jesteśmy zjednoczeni ze swoją istotą, która na drodze doświadczenia
wzbiła się na pozycję autorytetu we własnym życiu.
Konstytucja
ludzi z D... co mam na myśli, pisząc o ludziach z D? Dla mnie są to wszyscy Ci,
którzy doświadczyli D – czyli różnorakich dysfunkcji, podczas gdy ich osobowość
dopiero się kształtowała (kategoria szeroka – DDD, węższa np. DDA). W procesie
doświadczania tych dysfunkcji, a więc stykania się z krzywymi autorytetami,
szczególnie dzieci, zderzają się z bardzo bolesną rzeczywistością, która
zmienia je na zawsze. Bez względu na to, co dokładnie je dotyka, ich świat
zostaje zburzony i dzieje się to pod hasłem – nie ma nikogo, kto mnie uratuje,
jestem zupełnie sam, dorośli mnie zawiedli...
Wiem, że
istnieje wiele osobowości, które są produktem tego stanu rzeczy. Możesz być
jedną z nich, możesz znać kogoś, kto jest D i zadajesz sobie pytanie, co z nim
jest nie tak. Według mnie, to właśnie wewnętrzna samotność staje się
konstytucją każdej istoty, którą dotknęły dysfunkcje i krzywe autorytety.
Ludzie sobie z tym różnie radzą – kiedy jakimś cudem się usamodzielnią,
poszukują partnerów, z którymi tkwią we współuzależnieniu lub wręcz przeciwnie,
są sobie sterem, żeglarzem i okrętem, starając się dystanować do relacji
uczuciowych. Nieważne, którą z tych osób jesteś. Chcę powiedzieć, że nie
istnieją na świecie autorytety i nie powinno ich być. Są tylko ludzie, którzy
mogą mieć większe doświadczenie w tej czy innej sferze i tym Ci zaimponują. Są
inni, którzy powiedzieli akurat coś mądrego, bo im się udało i trafili do
Twojego umysłu z jakąś prawdą, która Cię uzdrawia. Są ci, którzy się o nas
troszczą i zbliżają się mocno do naszego rdzenia, bo ich miłość daje nam
oparcie i wytchnienie. Są inni, którzy po prostu nas akceptują ze wszystkimi
naszymi D doświadczeniami i jest to największy dar, jaki można nam ofiarować...
W ostatnim
czasie na Drew Barrymore spadła fala krytyki za to, że odważyła się powiedzieć
mniej więcej to:
Wszystkie ich
mamy (mowa o jej przyjaciółkach) odeszły, a moja nie... Cóż, ja nie mam tego
luksusu, ale nie mogę się doczekać. To nie tak, że chcę, aby ktoś odszedł
wcześniej, niż powinien, żebym mogła wreszcie odetchnąć. W rzeczy samej,
pragnę, aby była szczęśliwa, prosperowała i była zdrowa. Ale muszę, k*a,
dorosnąć, pomimo jej egzystencji na tej planecie.
Kiedy prasa
dosłownie zrównała ją za to z błotem, powiedziała:
Do wszystkich
brukowców, wpieprzacie się w moje życie od chwili, gdy skończyłam 13 lat. Nigdy
nie twierdziłam, że chciałabym śmierci mojej matki. Jak śmiecie wkładać podobne
słowa w moje usta. Byłam bezbronna i starałam się mieć tę trudną i bolesną
relację, przyznając jednocześnie, że jest to trudne, gdy rodzic nadal żyje. Nie
przekręcajcie moich słów, ani nie mówcie, że chciałabym, żeby moja matka
umarła.
Nadmienię, że
Drew osiągając pełnoletność, miała na swoim koncie próbę samobójczą, pobyt na
oddziale psychiatrycznym (terapia w lżejszym ośrodku), uzależnienie od
alkoholu, narkotyków, doświadczenia przemocy psychicznej i manipulacji ze
strony matki, która upatrywała w kilkuletniej gwieździe towarzyszkę, wciągając
ją w swój hulaszczy tryb życia, narażając na liczne nadużycia i przemoc. Sama
Drew nazywała siebie samą wielokrotnie potworem, którego stworzyła jej matka...
W świecie, w
którym wzywa się do tolerancji i zrozumienia, nadal króluje hipokryzja. Nasze
słowa trafiają na betonową ścianę zimnych serc i braku empatii. Osoba z D
przestaje jej szukać, skrywając w sobie swoje traumy i żyjąc z nimi, jak z
najlepszymi przyjaciółmi. Są to po prostu pewne odchylenia, z którymi z czasem
zaczynamy się przyjaźnić. Z upływem lat taki człowiek przestaje nawet dzielić
się z innymi tym, przez co przeszedł. Rozumiem Drew doskonale, zdając sobie
sprawę, że krzywy autorytet, który już nie żyje, łatwiej kochać i bez niego,
istniejącego na tym samym świecie, można po prostu się pozbierać. Relacja z
toksycznym bliskim, która trwa, choć upłynęły lata, jest ogromnym wyzwaniem, bo
choć jesteśmy inni, w środku nadal jesteśmy tamtymi skrzywdzonymi dziećmi – to
właśnie miała na myśli, ale nie zechciano jej zrozumieć, wymagając po tym
traumatycznym dzieciństwie poprawności politycznej. Uciszano ją, bo nie wypada
źle mówić o osobie, która była przyczyną jej dramatu jako dziecka. W imię czego
nie mogła tego powiedzieć?
Jeśli to
czytasz, człowieku z D, człowieku z konstytucją samotności, człowieku, który
napotkałeś krzywe autorytety, wiedz, że doświadczyłeś w pewnym sensie początku
cudu. Uważam, że jesteś bliżej celu w uznaniu siebie za swój jedyny autorytet,
jesteś na początku uznania siebie za jedynego twórcę własnego życia.
Komentarze
Prześlij komentarz